niedziela, 10 października 2010

Pink Floyd - Ummagumma (1969)


Ummagumma / (slangowe określenie czynności seksualnej; coś, jak nasze "figo-fago"))

Dysk 1
1. Astronomy Domine / Nauczyciel astronomii (Barrett) - 8:29
2. Careful with That Axe, Eugene / Ostrożnie z tą siekierą, Eugeniuszu (Gilmour/Mason/Waters/Wright) - 8:50
3. Set the Controls for the Heart of the Sun / W sam środek Słońca kieruję mój lot (Waters) - 9:12
4. A Saucerful of Secrets / Spodek pełen tajemnic (Gilmour/Mason/Waters/Wright) - 12:48

Dysk 2
I. Wright (13:26) 
1. Sysyphus, Pt. 1 / Syzyf, cz. 1 - 1:08
2. Sysyphus, Pt. 2 / Syzyf, cz. 2 - 3:30
3. Sysyphus, Pt. 3 / Syzyf, cz. 3 - 1:49
4. Sysyphus, Pt. 4 / Syzyf, cz. 4 - 6:59

II. Waters (12:25) 
5. Grantchester Meadows / Łąki w Grantchester - 7:26
6. Several Species of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving With a Pict / Kilka gatunków zwierząt futerkowych zebranych razem w jaskini i zabawiających się z Piktem - 4:59

III. Gilmour (12:17) 
7. The Narrow Way, Pt. 1 / Wąska ścieżka, cz. 1 - 3:27
8. The Narrow Way, Pt. 2 / Wąska ścieżka, cz. 2 - 2:53
9. The Narrow Way, Pt. 3 / Wąska ścieżka, cz. 3 - 5:57

IV. Mason (8:44) 
10. The Grand Vizier's Garden Party, Pt. 1: Entrance / Przyjęcie w ogrodzie u wielkiego wezyra, cz. 1: Wejscie - 1:00
11. The Grand Vizier's Garden Party, Pt. 2: Entertainment / Przyjęcie w ogrodzie u wielkiego wezyra, cz. 2: Przedstawienie - 7:06
12. The Grand Vizier's Garden Party, Pt. 3: Exit / Przyjęcie w ogrodzie u wielkiego wezyra, cz. 3: Wyjście - 0:38 


Recenzja

źródło allmusic.com

Przez wiele lat ten podwójny longplay był jednym z najpopularniejszych albumów Pink Floyd z okresu przed Dark Side of the Moon. Składa się on z dwóch płyt: nagrań koncertowych oraz płyty studyjnej - obie w cenie jednego albumu (w wersji winylowej). Set koncertowy, nagrany w Birmingham i Manchesterze w czerwcu 1969 roku, ogranicza się do czterech utworów, pochodzących z pierwszych dwóch płyt zespołu lub towarzyszących im singli. Prezentując drugi skład (tzn. bez Syda Barretta), album ukazuje bardzo sprawną grupę - ich gra trzymana jest w ryzach przez asertywne bębnienie Nicka Masona i potężny bas Rogera Watersa, co powoduje, że utworów dobrze się słucha, nawet gdy zespół rozpędza się w improwizacjach; zresztą utwory brzmią mocniej i głośniej, w stosunku do swoich pierwowzorów studyjnych: Astronomy Domine, Careful With That Axe Eugene, Set The Controls for the Heart of the Sun i A Saucerful of Secrets są dłuższe, ostrzejsze i dosadniejsze. Część studyjna jest bardziej eksperymentalna - każdy z członków dostał określoną ilość miejsca na płycie dla zaprezentowania własnej muzyki - Sysyphus Richarda Wrighta to typowo klawiszowe dzieło, wykorzystujące różnego rodzaju instrumenty klawiszowe; The Narrow Way Davida Gilmoura to trzyczęściowe instrumentalne dzieło z wykorzystaniem akustycznych i elektrycznych gitar oraz klawiszy; natomiast The Grand Vizier's Garden Party Nicka Masona korzysta z szerokiej gamy elektrycznych i akustycznych instrumentów perkusyjnych. Grantchester Meadows Rogera Watersa to liryczny numer w folkowym duchu, nie podobny do niczego, co wcześniej stworzyła grupa. W 1994 roku album został zremasterowany i wydany w zielonym kartoniku w wersji o dużo głośniejszej i ostrzejszej (a przy tym tańszej) w porównaniu do oryginalnego wydania CD.

Inne recenzje:
Teraz Rock (20/2004) - 3/5
Teraz Rock Kolekcja (3/2009) - 3/5

Struktura płyty

Ikonkami zaznaczyłem, z jakiej płyty pochodzi utwór live (NA - oznacza Non Album track, czyli utwór nie znajdujący się na żadnym albumie).




O utworach


Cytaty: Paweł Brzykcy (Teraz Rock 20/2004) i Grzesiek Kszczoczek (Teraz Rock Kolekcja 3/2009)

Dysk 1

1. Astronomy Domine
Nie lubię wersji live utworów. Jak już, to jeszcze cały dobry koncert. Jednak takie wybiórcze wersje live, spotykane z reguły jako bonusy do reedycji płyt lub jako strony B singli, wydają mi się tylko uzupełnieniem oryginalnych wersji, z reguły nic szczególnego. Ok, są wyjątki i zdarzają się piękniejsze, bardziej porywające wersje live. Jak jest w tym przypadku? Choć nie jest to dla mnie jakieś powalające dzieło Floydów (bluźnię?), to jednak wersja studyjna jest dla mego ucha przyjaźniejsza. I tak jest to utwór o wystarczająco chaotycznej strukturze i w wersji studyjnej jednak zachowuje większy porządek, niż w wersji koncertowej, ponad dwukrotnie dłuższej. Ta jest ostrzejsza, niż oryginał. Gilmour i Wright śpiewają niemal jak Barrett, jednak solówki tego pierwszego są jednak bardziej fantazyjne. W okolicy 4 minuty pojawia się interluda, której nie było w oryginale, dodająca uroku tej wersji. Niezłe, choć nie powalające.

"dobra wersja"
"porywający, niezwykle energetyczny, kosmiczny"

 2. Careful With That Axe, Eugene
Trudno porównywać wersję live tego utworu z wersją studyjną, gdyż jako taka ukazała się dopiero na kompilacyjnym albumie Relics, a wcześniej na singlach, których nie posiadam. To pierwsza, jaką słyszałem. I muszę przyznać, że niewiele z niej pamiętam, poza tym rozdzierającym krzykiem Watersa gdzieś w połowie. Utwór ciekawie się zaczyna, obiecuje, ze będzie fajnie. I generalnie tak jest. Jest nastrój, fajne stopniowanie napięcia. W okolicy 4 minuty fajne jazzujące przyśpiewki i uspokajająca końcówka. Podoba mi się, aż jestem zaskoczony.

"Złowieszczy temat z delikatną wokalizą oplata nas tu niczym pajęczyna. Nagle rozlega się przeraźliwy szept: ostrożnie z tą siekierą, Eugeniuszu..., a zaraz potem niesamowity wrzask Watersa. Zaczyna się instrumentalna kanonada, prowadząca po jakimś czasie do uspokojenia."
 "narastający, jak w horrorze (...) z przeraźliwym krzykiem Watersa w kulminacyjnym momencie"

3. Set the Controls for the Heart of the Sun
Jest to jeden z tych czarownych utworów Floydów, jednak w wersji koncertowej mnie nie powala. Na nie pracuje tutaj zbyt długa improwizacja wewnątrz utworu, przez co rozrasta się niemal dwukrotnie i... nuży. Trochę szkoda...

"świetny (...) (brawo Waters!)"
"niezwykle monotonny, a przez to uroczo wciągający (...) z kapitalnym bębnieniem Masona i jeszcze lepszym śpiewem Watersa" 

4. A Saucerful of Secrets 
Na poczatku utwór męczy kakofonią dźwięków, które też obecne są w wersji studyjnej - tu jednak jakby bardziej bolą uszy. Dzięki bogu pojawia się Mason i porządkuje wszystko perkusją (takie walenie trochę jakby Keitha Moona z The Who). I na końcu atut tego utworu - piękna melodyjna końcówka, cudownie tutaj zaryczana przez Gilmoura zamiast chóru.

"Skrócona nieco wersja suity (...) ociera się o elektroniczne mistrzostwo świata. Zespoły w rodzaju Tangerine Dream na długie lata miały z czego czerpać natchnienie"

Dysk 1

1.Sysyphus, Pt. 1  
Monotonne mruczenie organów na tle bębnów. Ja wiem, że to eksperyment, ale nuda - na szczęście krótka.

2. Sysyphus, Pt. 2
Zaczyna się fajnie: klasyczne pianino z delikatną melodią. Potem wkraczają dysonanse i atonalne dźwięki oraz walenie po klawiaturze. Trudno to nazwać improwizacją, bo raczej nie oscyluje wokół jakiegoś wyraźnego rdzenia. Lepsze to, niż Pt. 1, ale nadal ciężko się słucha.

3. Sysyphus, Pt. 3
Tutaj dopiero masakra: walenie już nie po klawiaturze, ale chyba po strunach fortepianu. Pojawiają się też piski "zwierzątek" podobne, jak "Several Species..." Watersa kilka chwil dalej. Męka.

4. Sysyphus, Pt. 4
Tutaj Wright kombinuje z popularnymi wówczas elektronicznymi instrumentami klawiszowymi: jest melotron i organy Farfisa; słychać też wibrafon. Choć konkretnej melodii tu nie ma. W II części utworu dźwięki uderzają z impetem i stają się bardziej ponure. Końcówka to powrót do tematu z Pt.1.

"Do swej niby symfonii (...) Wright wrzucił brzmienia klawiszowe, orkiestrowe i chóralne, z czego wyszedł raczej nieprzekonujący dźwiękowy kolaż."
"(...) nierówny. Znakomity, monumentalny wstęp części pierwszej nie ma konsekwentnego ciągu dalszego: następujące po nim fragmenty w duchu muzyki współczesnej sprawiają, że utwór najzwyczajniej nuży. Delikatne, jazzrockowe zakończenie z nawrotem tematu początkowego tylko w niewielkim stopniu zaciera wrażenie znudzenia."

5. Granchester Meadows
Najlepszy, najbardziej charakterystyczny utwór z tej płyty. Spokojny, balladowy, nieco folkowy, w duchu Jethro Tull (gitara akustyczna i frazowanie Watersa). Refren z potokiem podobnie brzmiących wyrazów wciąga. Tło ze śpiewem ptaków jest urocze, daje dużo przestrzeni. Niezłe dzieło.

"sielankowy (...) z odgłosami fauny zamieszkującej łąkę (i komicznej pogoni za natrętną muchą w końcówce)"
"ładna gitarowa ballada o folkowym zabarwieniu. Duży plus dla basisty za odgłosy natury z muchą i świerszczami na czele"

6. Several Spieces of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving With a Pict
Trudno się rozkoszować tym, ehm, utworem? Jest to raczej eksperyment i, muszę przyznać, że udany. Nie na tyle, żeby sobie tego często słuchać, ale na pewno kilka razy w życiu warto o niego zahaczyć. Dlaczego? Waters generuje tutaj odgłosy, będące efektem jego zabaw z taśmami, na które nagrał swój głos. Zapętlone, przyspieszone, puszczane od tyłu odgłosy, posklejane w odpowiednim momencie generują piski, świsty, charczenia itp. dźwięki "małych futrzaków". I pomimo swego rodzaju kakofonii, daje się odczuć pewne zamierzeni, rytm, uporządkowanie, które daje jednak delikatne uczucie spełnienia słuchowego. Potem dochodzi jeszcze recytacja Watersa z dziwnym akcentem i z podejściem trochę w stylu Monty Pythona. Dziwny, zabawny, pokręcony.

"Na ten opatrzony genialnym tytułem utwór złożyły się efekty brzmieniowe groteskowo oddające głosy tytułowych stworów."
"(...) bez wątpienia eksperymentalne w założeniu [dzieło], ale raczej trudne do zniesienia"

7. Narrow Way, Pt. 1
Utwór od początku dużo obiecuje - zaczyna się ładną akustyczną gitarą, jest trochę folkowo, wręcz w stylu country. Pod koniec, nie wiedzieć czemu, zaczynają się eksperymenty. Generalnie - da się tego słuchać.

8. Narrow Way, Pt. 2
Gilmour kontynuuje eksperyment. Jeden i ten sam powtarzany dosyć ponury motyw. 

9. Narrow Way, Pt.3
Druga z piosenek na płycie, całkiem ładnie zagrana i zaśpiewana. Wręcz czuć trochę zapachem bitelsów. Drugi, po Grantchester, i ostatni ładny utwór na płycie.

"(...) czaruje gitarowym spokojem początku, zaskakuje dość mocnym brzmieniem środka i raduje uszy delikatnym śpiewem."

10. The Grand Vizier's Garden Party, Pt. 1
Ładne solo na flecie, do którego dołącza Mason na perkusji. Taka miniaturka.

11. The Grand Vizier's Garden Party, Pt. 2
Zabawa perkusjonaliami (przeszkadzajkami?) z pewną próbą generowania melodii na rurach o różnych wysokościach dźwięku. Nie da się tego słuchać. Dlaczego Mason po prostu nie zrobił jakiegoś perkusyjnego solo?

12. The Grand Vizier's Garden Party, Pt. 3
Ponownie flet, jakby kontynuacja Pt.1. Tutaj bardziej uroczy.

"nadaje się bardziej do zagłuszania sąsiadów niż do normalnego słuchania"
"Na propozycję Masona (...) najlepiej byłoby spuścić zasłonę milczenia"

Podsumowanie

Kiedyś nie lubiłem tej płyty - wydawała mi się najgorszą w pozycji Floydów. I nie wiem, czy tak nie będzie (boję się jeszcze o "Final Cut"). Mało jest tu perełek: Granchester Meadows i Narrow Way, Pt. 3 są przyjemnymi, acz rzadkimi wyjątkami. Do słuchania się za bardzo nie nadaje (pomijam sympatyków awangardy), ale przesłuchać na pewno raz trzeba, szczególnie z naciskiem na koncertowe wersje studyjnych suit na dysku 1. Całość należy znać, lecz raczej nie tyle ze względu na przyjemności dla ucha, co ze względu na ciekawy pomysł stworzenia płyty ukazującej aspiracje i pomysły poszczególnych członków kwartetu. Właśnie, pomysł i idąca za tym oryginalność - to one są atutem tej płyty. Pewno rzadko do niej będę wracał, pomijając dwa wspomniane wyżej wyjątki (bo naprawdę fajnie brzmią, szczególnie puszczane na głos). Ale naprawdę polecam posłuchać jej przynajmniej raz, a dobrze.

3 komentarze:

dr A. Nielski (czasami jako paterm) pisze...

Lubię "Grantchester Meadows". Kiedyś w liceum napisałem nawet do niego polski tekst, ale gdzieś mi się zawieruszył...

fifek pisze...

O kule, nie wiedziałem, że ktoś tu skomentował :o)
Nad tekstami Watersa się nie głowię, bo sa rozsądnie przetłumaczone przez spółkę Haliński-Szmajter, ale o przetłumaczenie tekstów Baretta, Gilmoura i Wrighta bym się pokusił.
"Grantchester" to chyba jedyny utwór z tej płyty, który wbił mi się w pamięć po jednokrotnym jej przesłuchaniu, co świadczy o jej sile. Fajny utwór, zaiste, bardzo dobrze się go słucha.

dr A. Nielski (czasami jako paterm) pisze...

Z Barreta zrobiłem kiedyś parafrazę "Flaminga":

"Samotny w błękicie chmur..."...

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...